XXVI Niedziela Zwykła

Z nostalgią powtarzamy często zdanie: „kiedyś to było inaczej…”. Inne relacje międzyludzkie. Bogatsza kultura bycia. Duszpasterstwo w rozkwicie. I czas jakoś „biegł” wolniej. Przyłączam się do „tego chóru”. I chcę powiedzieć, że słowo dawniej to było słowo. Nikt nie odwoływał. Wypełniał. Była to sprawa honoru, by za nie być odpowiedzialnym. Nie rzucano „słów na wiatr”. Prawdopodobnie czytelnicy mają podobne odczucia. Pocieszające jest, że w czasach Chrystusa było bliźniaczo podobnie. Mówiono „idę”, ale nie poszedł. Inny deklarował, że „nie idzie”, ale zameldował się w placówce pracy. O ileż świat byłby bardziej przyjazny, gdyby brano odpowiedzialność za wypowiadane słowo. Zaoszczędzilibyśmy czas. Nie musielibyśmy sięgać po melisę. Portale społecznościowe mocno by się odchudziły od zbędnych słów w komentarzach. I po prostu drugi człowiek stałby się nam bliższy. Ufam, że byłoby to dobre przygotowanie do wypowiedzi kształtującej nasze serce. W której to wypowiedzi zawarte są słowa: „Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca”.
XXV Niedziela Zwykła

Trudno nie zrozumieć oburzenia i szemrania robotników pracujących cały dzień, których wynagrodzenie było takie samo jak tych ostatnich, pracujących jedną godzinę. Gdyby wówczas istniały związki zawodowe powinny podnieść alarm. Brak sprawiedliwości, nierówne traktowanie pracowników i jeszcze kilka innych „zarzutów” znalazłoby się na „pracodawcę”. Ewangelia nie dotyczy jednak zagadnienia sprawiedliwej zapłaty w odniesieniu do ilości przepracowanych godzin. Przeczytanie i rozumienie jej w takim kluczu dalekie jest od przesłania Chrystusa. Przypowieść o pracownikach winnicy skoncentrowana jest na osobie Gospodarza. Jego dobroci, otwartości, hojności, dostrzeganiu każdego człowieka. Ukazuje „drogę” po „zapłatę”… którą ostatecznie jest Królestwo Boże. Z perspektywy relacji międzyludzkich ważna jest umiejętność „radowania się z bliźnim”. Zauważenia, że coś się udało osiągnąć. Podzielenia się dobrym słowem. Bycia z nim. Dzisiaj sukces bliźniego jest bardziej okazją do szemrania, niż zaproszeniem, by ucieszyć się z drugim. Tak szczerze…
XXIV Niedziela Zwykła

Piotr, pytając Jezusa o przebaczenie stawia górną granicę „ilości przebaczeń”. Musiał się mocno zdziwić, kiedy „owa ilość” w odpowiedzi Jezusa poszybowała mocno w górę. Piotr mierzy się z prawdą, że przebaczenie nie przelicza się na ilość. Jest postawą, która ukazuje prawdziwość relacji z Bogiem. I z niej ma być utkana moja codzienność. Bez przebaczenia nie istnieje prawdziwa przyjaźń, małżeństwo, rodzina, miłość, marzenia, przyszłość… Bez niego rodzi się egoizm, zamknięcie w sobie, zatwardziałość serca… Odkryć i żyć przebaczeniem, to ostatecznie mieć głębokie poczucie tajemnicy drugiego człowieka. Kto żyje przebaczeniem, trafia bezpośrednio do serca drugiego człowieka. Św. Augustyn pisał, że przebaczenie, „to nic innego, jak przyjęcie do swojego serca odrobiny tego, czym żyje, z czym się zmaga i co stanowi radość drugiego człowieka…”
XXIII Niedziela Zwykła

To trudne zadanie. Chociaż po części realizowane i to w pewnych okolicznościach i sprawach nawet przesadnie. Łatwo zwrócić uwagę, upomnieć w „komentarzu” w mediach społecznościowych. Tam, bez personaliów, pod pseudonimem, bez konsekwencji i odpowiedzialności. Anonimowo, to można upominać do woli i jeszcze z idealną receptą rozwiązań. Ewangelia mówi jednak o upomnieniu w cztery oczy. Trzeba mieć sporo odwagi, by przyjść i powiedzieć „popraw się; zmień postępowanie”. I uczynić to z odpowiedzialnością pełną miłości za życiową kondycję i skołatane duchowo serce bliźniego. „Pozyskanie” brata pozwala z nim budować wspólnotę modlitwy, tak owocną, że Ojciec „da wszystko”, o co będziemy prosić. Odpowiedzialność za bliźniego przekracza granice, które wyznacza naszej egzystencji „siostra śmierć”, jak mawiał św. Franciszek z Asyżu. Z miłością i odpowiedzialnością mówmy bliźniemu o własnym i jego życiu.
XXII Niedziela Zwykła

Doświadczenie wiary nie zawsze jest światłem na drogach naszej codzienności. W wielu momentach kroczymy w ciemności. Niepewnie stawiamy kolejne kroki. Przedzieramy się przez mrok naszych grzechów. Wołamy do Boga, cisza jednak nie ustępuje. Świat krzyczy, że to już NIE DZIAŁA. Przeżywane w życiu duchowym kryzysy nie są wyrazem naszej słabej wiary, choć tak może się zdarzyć, czy też karą za popełnione grzechy. Przychodzą, by umocnić naszą wiarę i rzucić nowe światło na jej przeżywanie w codzienności. Kryzys dopadł Jeremiasza i Piotra, gdy ten usłyszał o drodze cierpienia i męki. Jeremiasz nie widzi owoców głoszonego Słowa. Jego przepowiadanie trwało około 40 lat i nie przyniosło skutków – poszedł do niewoli z narodem wybranym. Jeden i drugi w godzinie zwątpienia usłyszeli w swoim sercu GŁOS. Nie pozostali obojętni, uchwycili się SŁOWA. To „koło ratunkowe”, które nie pozwoliło utracić RELACJI. Za każdym razem, kiedy wychodzili z kryzysów byli w stanie oddać życie swoje na ofiarę żywą, świętą i Bogu miłą…